Luksfera's Blog


Top Gear Test Track w Gran Turismo 5
Styczeń 8, 2010, 4:53 pm
Filed under: Gry, Newsy | Tagi: ,

No i jest… skany (a właściwie zdjęcia) lutowego wydania Official Playstation Magazine, poza ujawnieniem nic nie znaczących pierdół typu wyścigi nocne (o których wszyscy na pewno czytali, więc nie będę się tu powtarzał) potwierdzają jeszcze jedną plotkę: Top Gear Test Track będzie jednym z wielu dostępnych w Gran Turismo 5 torów.
Nie trzeba być fanem motoryzacji, żeby znać brytyjski program Top Gear. Jest to chyba najpopularniejszy show samochodowy na świecie, a jego prezenterzy mają w Wielkiej Brytanii status gwiazd. Tor testowy programu Top Gear został zaprojektowany przy współudziale inżynierów Lotusa i to właśnie na tym torze w każdym odcinku Stig (niektórzy mówią, że jego palce wyginają się w przeciwną stronę i że boi się widelca) próbuje wykręcić jak najlepszy czas testowanymi w programie samochodami, wliczając w to Bugatti Veyron, czy Koenigsegga CCX.

To także na tym torze o najlepszy czas rywalizują „gwiazdy w samochodzie za przystępną cenę”… Wątpię jednak, żeby Lacetti było dostępne w GT5 (choć kto wie, ponoć ma tam być 1000 pojazdów), podobnie jak Suzuki Liana, więc pewnie nie będzie można skonfrontować swojego czasu z tym wykręconym przez Clarksona, Jay Kay’a czy Simona Cowella. Za to na 100% będzie można sprawdzić się ze Stigiem, prowadząc Pagani, czy Lamborghini…

Wiem, że ten tor będzie tylko marnym procentem całości jaką zaoferuje nam Polyphony Digital w swojej grze, ale jest to póki co najlepsza dla mnie wiadomość z obozu Yamauchiego. Kolejną będzie potwierdzenie w końcu daty europejskiej premiery gry… mam tylko nadzieje, że nie dostanę to tego czasu Parkinsona.



LENSOFTRUTH.COM amunicją dla fanbojów?
Styczeń 2, 2010, 11:52 pm
Filed under: Moim zdaniem | Tagi: , ,

Chyba większość posiadaczy konsol, która pozostaje w stałym kontakcie z własnym mózgiem, kojarzy stronę lensoftruth.com. Autorzy serwisu zawodowo zajmują się porównywaniem grafiki w grach multiplatformowych ukazujących się na PS3 i XBOX’a 360. Czasem do zestawu dochodzi też PC, co mija się z celem, bo przecież nawet dziecko z Kambodży wie, że piecyk piecowi nie równy.

Wracając do samych zestawień, ich wyniki dosyć często są przedrukowy… przeklawiaturowywane w polskich serwisach traktujących o grach, stanowiąc tym samym świetną amunicję dla rodzimych fanbojów. Co ciekawe redaktorzy tych serwisów nie chcąc podpaść żadnej ze stron WSI (Wielkiego Sporu Idiotów), na ogół komentują wyniki porównań pisząc coś w stylu: „właściwie nie widać żadnej różnicy” (skoro nic nie widać, to po co to publikować debile?). No cóż, ja tam nie pijam metanolu, więc – w większości przypadków – różnice widzę . Trzeba być pryszczatym na oczy, żeby nie zobaczyć, że znakomita część tytułów muliplatformowych minimalnie lepiej wygląda na 360-tce (choć trafiają się skrajne przypadki jak Ghostbusters, gdzie różnica na korzyść konsoli Billa Gates’a jest ogromna).

Pytanie jednak brzmi: czy te różnice wpływają na decyzję o zakupie gry? Cóż na moją na pewno nie, bo skoro posiadam tylko konsolę Sony to i tak na nią kupię dany tytuł, cokolwiek by mi panowie od „soczewki prawdy” nie starali się wmówić. Poza tym – przynajmniej dla mnie – sam wygląd ma znaczenie nawet nie drugo, ale trzecio, a nawet czwartorzędne. Jeśli już miałbym czymś się kierować to przede wszystkim płynnością animacji, a nie rozdzielczością jakiejś durnej tekstury. Nic mnie tak nie denerwuje jak „chrupnięcia” w grze i jest to główny powód mojego małego rozczarowania konsolami obecnej generacji (a na pewno moim PlayStation). Kto grał w deszczową misję z Tomb Raider: Underworld (bodajże w Meksyku) wie co mam na myśli.

Wracając do tematu: skoro graficznie większość gier na PS3 i X’a różni się między sobą minimalnie (a zatem wygląd nie powinien mieć wpływu na decyzję o zakupie), pojawia się pytanie o sens działalności serwisu Lens of Truth. Porównania przeprowadzane przez „redaktorów” tej strony nie dają nic, poza kretyńskimi dyskusjami nastoletnich onanistów dostających wzwodu na sam dźwięk słowa PlayStation, bądź XBOX. Takie konfrontacje nie są nikomu potrzebne, bo skoro posiadam PS3, mało mnie obchodzi, że czerwień na płaszczyku Ezio w AC II jest bardziej krwista w wersji na konsolę Microsoftu… No chyba, że jednak nie mam racji? Może jest ktoś, kto ma korzyść z takich zestawień? Tylko kto? Błogosławieni ci, którzy posiadają obie konsole! Oni są dla mnie jedyną odpowiedzią na pytanie o sens istnienia lensoftruth.com. Hermkonsolowcy, ludzie obojga systemów. Mamy w domu XBOX’a oraz PS3 i chcemy zagrać w Ghostbusters? Dzięki pomocy „soczewki prawdy” już wiemy, że wersję na maszynkę Sony powinniśmy omijać niczym prostytutka konfesjonał. Chcemy pobiegać facetem w głupiej masce i pelerynie? Szybki rzut oka na porównanie i zamawiamy Arkham Asylum na PS3. Tak to ma sens… Niestety przez większość nastoćwoków wyniki owych zestawień są tylko i wyłącznie argumentami, dzięki którym mogą starać się udowodnić innym, że biała konsola którą kupił im tata jest lepsza od tej czarnej, którą ktoś dostał na bierzmowanie od babci. I vice versa.



Szerokim łukiem… Haze
Styczeń 1, 2010, 11:25 pm
Filed under: Gry, Szerokim łukiem | Tagi: , ,

Haze to fps wydany w maju 2008 roku (przez Ubisoft) ekskluzywnie na PS3. Gra – zapowiadana przez twórców jako konkurencja dla microsoftowego Halo – okazała się jednym z największych exclushitów na konsolę Sony. Średnia ocen na metacritic  wynosi 55, więc już na dzień dobry widać, że z grą jest coś nie w porządku. Na szczęście moje i mojego portfela nigdy nie zostałem posiadaczem Haze, a tylko jego pożyczaczem (choć nawet tego żałuję).

Krótko o grze: wcielamy się w niejakiego Shane’a Carpentera, żołnierza Mantel Global Industries – takiego Blackwater niedalekiej przyszłości. Mamy fajny kombinezon z modnymi żółtymi wstawkami, taki sobie karabin i…narkotyki na własny użytek :) A właściwie jeden narkotyk, tak zwany Nectar – substancję po zażyciu której na kilka chwil stajemy się ubersoldierami. Szybciej biegamy, celniej strzelamy, jesteśmy bardziej odporni na zranienia, a nasze zdrowie szybciej się regeneruje. Wszystko fajnie, pytanie tylko po co? Po co być super żołnierzem, skoro z naszymi przeciwnikami – przy ich poziomie SI – poradził by sobie mały oddział moherowych beretów uzbrojonych w antysemityzm i różańce. Wrogowie często stoją jak wryci, albo strzelają gdzieś w niebo i pokonanie ich nie stanowi problemu, nawet bez koksowania się Nectarem. Tragedia! Poza tym na ogół musimy walczyć w pojedynkę, ponieważ nasi kompani także nie grzeszą inteligencją… choć może to akurat zaleta.  Twórcy dali nam też możliwość poprowadzenia kilku pojazdów, którymi niestety steruje się jakby były wyprodukowane w fabryce żelków Haribo. W dodatku gra jest brzydka, tekstury słabe, a animacje liche.

Dla urozmaicenia rozgrywki mamy w Haze taki mały „twist”, polegający na zmianie frontu (innymi słowy nasz bohater postanawia walczyć po stronie rebeliantów). Problem w tym, że mimo to gra ciągle jest beznadziejna i nudna niczym zjazd absolwentów Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej z Torunia. Do tego ową zmianę stron można przewidzieć po jakiejś pół godziny od rozpoczęcia gry.

Podsumowując: szkoda prądu, który zużyją konsola i telewizor w ciągu tych paru godzin jakie trzeba poświęcić na ukończenie tego beznadziejnego tytułu. Lepiej iść na spacer, spać, albo się powiesić niż zagrać w Haze.



Anno Gromini 2010 – czyli w co zagram(y) w nowym roku

Nowy rok, nowe premiery, wiele hucznych zapowiedzi i… będzie jak zwykle: kilka fajnych tytułów, ze dwa wybitne i reszta co najwyżej przyzwoitych (a do tego parę gniotów).

Odkąd Gołota w kilka sekund przestał być Wielką Nadzieją Białych, trochę ostrożniej patrzę na wszelakie zapowiedzi. Lepiej za wiele sobie nie obiecywać i być zaskoczonym na plus, niż odwrotnie: to taka moja masońska dewiza.

Nie obiecuje sobie więc zbyt wiele po nadchodzących grach, co jednak nie oznacza, że na niektóre z nich czekam niczym proboszcz na datki wiernych.

Poniżej zamieszczam spis (plus opis) paru nadchodzących w nowym roku tytułów, na które czekam bardziej, mniej lub wcale. Kolejność chronologiczna, ale wiadomo jak to z wydawcami bywa, więc daty mogą się pozmieniać.

Styczeń:

Bayonetta - świetne recenzje, ale całkowicie nie mój typ zabawy, może bawi to Japończyków i hodowców głupoty, jednak na mnie nie działa. NIE CZEKAM

Army of Two: The 40th Day – jedynka to fajny pomysł (gra od podstaw stworzona z myślą o kooperacji) w beznadziejnym wykonaniu. A jak to będzie z dwójką? To znów ten sam świetny pomysł, w… chyba znowu beznadziejnym wykonaniu, o czym przekonać można się grając w demo (dostępne od niedawna na PSN). Strzela się źle i w ogóle wszystko wydaje się jakieś takie… do dupy. Niby mają być jakieś wybory moralne, ale jak to wiadomo nie samymi wyborami gra żyje :) Werdykt: NIE CZEKAM.

Dark Void – jeśli już nawet trailery – które z reguły pokazują najlepsze motywy z gry – są słabe, to coś jest na rzeczy. Gra ma potencjał, ale póki co wszystkie znaki wskazują, że będzie on zmarnowany. NIE CZEKAM.

MAG – multiplayer, w którym będzie walczyć do 256 graczy jednocześnie. Ja tu widzę niezły burdel! Siostro! Poza tym, jak już kiedyś wspominałem: nie lubię multiplayera, bo za cienki jestem hehe… NIE CZEKAM.

Luty:

BioShock 2 – jedynka była świetną grą… głównie na dobrym PC. Rwanie klatek na PS3 nie pozwoliło mi na jej ukończenie na konsoli, aż tak wielkiej cierpliwości nie mam. Scenariusz dwójki zapowiada się mniej ciekawie, ale sam klimat Rapture sprawia, że mam wielką ochotę tam wrócić, tym razem jako Big Daddy… Pytanie tylko, czy moją przepustką do Rapture będzie PS3, czy jednak piecyk? Zobaczymy, tak czy siak CZEKAM.

Dante’s Inferno – napierdalanka (nie mylić z nawalanką hehe) połączona ze zwiedzaniem piekła (Wałbrzych w grze?). Swoje wrażenia z dema opisałem tu. Główny (jedyny?) konkurent God of War III. Niestety obie gry to całkowicie nie moja para sandałów, choć zapewne nie będzie można odmówić im epickości, a wiele osób będzie się znakomicie bawić grając w oba tytuły. Werdykt: JA NIE CZEKAM.

Alien vs Predator – tutaj wszystko zapowiada się tak wspaniale, że aż się obawiam, iż gra rozczaruje. Ale sam tytuł jest tak silną marką (a sami gracze bardzo spragnieni tego uniwersum), że gra na pewno będzie sukcesem komercyjnym. Werdykt: CZEKAM, choć z obawami.

Heavy Rain – co tu dużo mówić, jak dla mnie najbardziej oczekiwana produkcja ostatnich miesięcy. Absolutny „must have”. Ta gra musi być świetna, po prostu musi! Na dodatek mój optymizm potwierdzają pierwsze wrażenia ludzi, którzy mieli już okazję zagrać (przeczytaj wrażenia Polygamii). To może być rewolucja w świecie gier i… jak każda innowacja może być niezrozumiała dla wielu. Obawiam się, że gra nie będzie sukcesem finansowym, a wielu ludzi uzna ją za nudną. Współczesne pokolenie graczy chce szybkiej rozwałki rodem z MW2, a nie „simsowego thrillera” (a tak idioci mogą odebrać Heavy Rain). Werdykt: NAJBARDZIEJ OCZEKIWANA PRZEZ MNIE GRA ROKU.

Marzec:

Battlefield: Bad Company 2 – już sam fakt, że jest to kolejna gra z serii Batllefield może zachęcić do zakupu. Zapowiada się ciekawie i mam tylko nadzieję, że singleplayer będzie lepszy niż w jedynce. CZEKAM.

Final Fantasy XIII – nie moja bajka, NIE CZEKAM.

Just Cause 2 – ta gra, będąc całkowicie na bakier z realizmem może być jednym z czarnych choć wirtualnych koni 2010. Trzeba jednak pamiętać że w mijającym 2009 roku takim koniem miał być Bionic Commando, które okazało się całkowitym niewypałem (i słusznie). Werdykt: NIE CZEKAM, choć z „braku laku” może zagram (jak stanieje).

God Of War III – Kratos powróci i to w wielkim stylu. To będzie świetny tytuł, a ja… a ja takich gier nie lubię (patrz wyżej: Dante’s Inferno), więc NIE CZEKAM.

Kwiecień:

Red Dead Redemption – kolejna „piaskownica” od króla gatunku Rockstara, tym razem na dzikim zachodzie. To nie może się nie udać, więc: CZEKAM, CZEKAM JAK CHOLERA.

Późniejsze miesiące:

Prince of Persia: The Forgotten Sands
– czy będzie zapowiadanym powrotem do korzeni i czy będzie trudniejsza niż oddanie moczu (w poprzedniej części nie dało się zginąć!)? Zobaczymy, ja jednak póki co NIE CZEKAM.

Mafia II – każdy kto zagrał w pierwszą część Mafii sięgnie po sequel. To może być najbardziej klimatyczna gra roku, więc trudno się spodziewać, aby moja decyzja była inna niż: CZEKAM.

I Am Alive – wciąż niewiele wiadomo o tym tytule, ale od kiedy jakiś czas temu zobaczyłem trailer, coś mi każe czekać, więc CZEKAM.

Gran Turismo 5 – oj chciałbym przestać czekać na tą grę i choć mój entuzjazm jest już sporo mniejszy niż jeszcze rok temu, to mimo wszystko ciągle mam ochotę w nią zagrać. Czy 2010 to rok wydania GT5? Tego nie wie nikt. Mówi się, że gra ma się ukazać w marcu w Japoni, ale po takim schizofreniku jakim jest Yamauchi można się spodziewać wszystkiego. CZEKAM, choć już bez podniety.

Dead Space 2 – wstyd się przyznać, ale zniechęcony beznadziejnym demem pierwszą część skończyłem stosunkowo niedawno i… nie mogę uwierzyć, że omijałem TAKĄ grę przez tyle miesięcy. Dead Space to był niewątpliwie jeden z czarnych koni 2008 roku (jak najbardziej zasłużenie). Świetny klimat i wykonanie przyczyniły się do sukcesu, który to z kolei przyczynił się do powstania (a raczej powstawania) drugiej części przygód Isaac’a. Jeśli twórcy poprawią klika drażniących rzeczy z jedynki (jak na przykład kilkukrotne przechadzki tymi samymi korytarzami) Dead Space 2 ma szanse być grą nie tylko świetną (jak jedynka) ale i wybitną. Werdykt: NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ, a jedyne obawy jakie mam, to że gra nie ukaże się w 2010 roku.

Max Payne 3 – pierwsze informacje na temat nowych przygód Maxa ostudziły mocno mój apetyt na tą produkcję. Nowa morda, nowe miejsce…trochę mi ciężko wyobrazić sobie oddanie mrocznego klimatu z dwóch pierwszych części w São Paulo. Otuchy dodaje fakt, że za grą stoi Rockstar. Werdykt: mimo wszystko CZEKAM, głównie przez sentyment do bohatera.

Batman Arkham Asylum 2 – choć nie wierzę, że gra ukażę się w 2010 roku, to mam jednak taką nadzieję. Jedynka to najlepsza gra o batczłowieku jaka powstała (choć momentami nużąca walkami). Werdykt: CZEKAM… bez wypieków na twarzy.

Medal of Honor – moda na współczesne konflikty zbrojne nie umiera. MOH zapowiada się ciekawie i jeśli tylko twórcy nie pójdą ścieżką debilizmu (tą, którą dumnie kroczy COD: Modern Warfare 2) ta gra może być świetna. CZEKAM.

The Last Guardian – nowa gra twórców Shadow of Colossus, to musi być coś o biblijnym wręcz rozmachu (i tak samo głupiej historii hehe). Werdykt: CZEKAM.

Kane & Lynch 2 – grał ktoś w jedynkę? Ja niestety tak więc NIE, NIE CZEKAM.

No i jeszcze gry warte uwagi, które wyjdą tylko na XBOX’a 360:

Alan Wake – jak dla mnie to chyba najciekawszy exclusive na 360-tke w 2010 roku. Wszystkie filmiki prezentujący gameplay pokazują, że klimatu w tej produkcji na pewno nie zabraknie, a to przecież liczy się najbardziej.

Splinter Cell – Sam Fisher – to wystarczy za reklamę.

Halo Reach – kolejna odsłona strzelania żelkami do krasnali, to bez wątpienia będzie sukces. Moja przygoda z Halo zaczęła i skończyła się na PC, jakoś nigdy mnie ta gra nie porwała, ot taka sobie strzelanka (przereklamowana podobnie jak Killzone 2, czy Modern Warfare 2).



Poza tematem… Stalkerzy??
Grudzień 23, 2009, 10:34 pm
Filed under: Poza tematem | Tagi:

Poniższa fotografia (kliknij w nią, żeby zobaczyć w większej rozdzielczości) nie pochodzi z planu zdjęciowego filmu sci-fi. Nie jest to też tym bardziej concept art z nowego Stalkera… a szkoda.

Zdjęcie wykonał Jonas Bendiksen (fotograf znanej agencji Magnum).

A co widzimy? Dwaj panowie to… zbieracze złomu, sam złom to… resztki rakiety. Miejsce: ałtajska łąka, a białe „plamy” to motyle. Klimat powala na kolana.



Demo Dante’s Inferno – wrażenia
Grudzień 22, 2009, 10:00 pm
Filed under: Gry | Tagi: , ,

Nigdy nie byłem wielkim fanem gier akcji typu hack and slash. God of War uważam za epickiego mordercę… padów i kciuków. Może nie bezsensowne, ale na pewno mało finezyjne napierniczanie w przyciski i do tego sekwencje QTE, których po prostu nie znoszę. Dlatego też ani na GOW III, ani na Dante’s Inferno (które nie unikną porównań) nie wyczekuję z oczami wlepionymi w wystawę sklepu z grami niczym Leszek w Jarka.

Mimo to z czystej „ciekawości dzielonej przez nudę” tak samo szybko jak sprawdziłem demo Boga Wojny, tak też dzisiaj zassałem próbkę przygód Dantego i… muszę przyznać, że w końcu Kratos ma godnego przeciwnika. Samo demo zresztą jest dużo fajniejsze niż to z GOW’a, w którym „tylko” urywamy łeb jakiemuś tam Heliosowi, Dante za to morduje samą Śmierć! :)

Graficznie Dante’s Inferno – choć bardzo przyzwoite – nie ma raczej szans z God of War, choć tu trzeba pamiętać, że GOW jest tworzony specjalnie pod PS3, Inferno to z kolei tytuł multiplatformowy, więc wiadomo że będą się różnić.
W miarę też podoba mi się sterowanie, rozwiązane bardzo prosto i intuicyjnie. Choć raz robiąc uskok (prawy analog) udało mi się uniknąć ciosu… spadając w przepaść. Myślę jednak, że jest to tylko kwestia ogrania.

Mocną stroną gry może być ciekawa historia (baaardzo luźno związana z „Boską Komedią”), a i sama możliwość zwiedzenia piekła stanowi sporą zachętę do zakupu – przecież większość wierzących i wszyscy niewierzący kiedyś się tam spotka hehe… Mam tylko nadzieję, że pokazana w grze rezydencja Belzebuba będzie bardziej zróżnicowana, niż wynika to z wypuszczonych przez dewelopera filmików, prezentujących w większości ten sam zestaw kolorów.
I jeszcze jedno na koniec: gra choć brutalna nie zapowiada się aż tak krwawo jak przygody Kratosa, ale za to mamy w niej więcej gołych cycków. Pozostaje mi więc tylko zaprosić sadystów do zagrania w God of War III, a zboczeńców w Dante’s Inferno :)



Lepsze czasy…
Grudzień 20, 2009, 3:23 pm
Filed under: Gry, Retro | Tagi: , , ,

Target Renegade to była świetna gra. Jedna z niewielu jakie udało mi się ukończyć na nieodżałowanym C-64 hehe… No i ta muzyka. Kiedyś granie dawało mi więcej frajdy, 8-bitowcem jest się chyba całe życie… podobnie jak kretynem :)



Recenzja – The Saboteur
Grudzień 19, 2009, 10:54 am
Filed under: Gry, Recenzje | Tagi: , ,

Waleczni Francuzi? Absurd! Ruch oporu w Paryżu na samym początku wojny? Bezsens :) Gdy pierwszy raz usłyszałem o The Saboteur miałem dosyć mieszane uczucia odnośnie historii opowiedzianej w grze. No ale nie samym scenariuszem gra żyje, więc liczyłem, że gameplay wynagrodzi niedostatki logiczno-humorystyczne. Czy tak też się stało? Cóż niemal na samym początku rozgrywki dowiadujemy się, że wojna wybuchła w… 1940 roku [sic]. Wołoszańskim nie jestem, ale debilem też nie i ciężko mi przeboleć taki kardynalny (a wręcz papieski) błąd. O ile dla urozmaicenia rozgrywki mogę przymknąć oko na Zeppeliny nad Paryżem (w końcu gra to przede wszystkim rozrywka), o tyle błędnej daty nie jestem twórcom w stanie wybaczyć. Chcąc nie chcąc (bardziej chcąc) musiałem się jednak pogodzić z wersją historii vide Pandemic Studios (panie świeć nad ich komputerami) i zobaczyć co gra ma do zaoferowania. O co więc w The Saboteur chodzi?

W grze wcielamy się w niejakiego Seana Devlina – Irlandczyka z krwi i kości, a właściwie to z akcentu i polygonów. Devlin to kierowcy wyścigowy, który lubi zakląć, zapalić i zadupczyć (i jakby tego było mało wikt i opierunek ma zapewniony w burdelu). Innymi słowy: kozak, którego nie sposób nie lubić. Nie znam stereotypu Irlandczyka, ale zapewne Sean spełnia wszystkie jego warunki. Pozostałe postacie też zresztą są niezwykle sztampowe, a wypowiadanych przez nich kwestii nie powstydził by się Ridge z Mody na Sukces. O tak dialogi w The Saboteur śmieszą, ale o dziwo nie drażnią. Ciężko powiedzieć, czy należy traktować to jako wadę, czy zaletę. Myślę, że podobnie jak na wspomnianą wyżej datę, na postacie i dialogi trzeba lekko przymknąć oko.

Miejsce akcji to Paryż (i jakieś tam okoliczne wiochy), o którym można powiedzieć, że jest… ohydny. Ruda Śląska ma w sobie więcej romantyzmu niż stolica Francji w Sabotażyście. Co tu dużo mówić gra jest po prostu brzydka, z mnóstwem nagle wyskakujących elementów krajobrazu (pop-up’y), a kolory… do kolorów wrócę za chwilę, ponieważ stanowią one dość istotny element zabawy. Najpierw jednak jeszcze krótkie wprowadzenie do rozgrywki. Sean nienawidzi nazistów, do czego zresztą ma powody, o których dowiadujemy się w jednej z pierwszych misji. Nakręcony nienawiścią do okupanta i dodatkowo zachęcony płonnym (czytaj: głupim) przemówieniem jednego z paryskich oporników (znaczy się członka ruchu oporu), postanawia rozbudzić Paryż do walki z hitlerowcami. Nasz rajdowiec zostaje jedną z ważniejszych postaci w ruchu oporu (bo jak wiadomo reszta to tchórze hehe), tytułowym sabotażystą. I tutaj pytanie-ciekawostka? Gdzie swoją tajną bazo-kryjówkę ma jeden z oporników? W bramie kamienicy, gdzie mamy gustowne biurko i regał… z bomb. A przed bramą jak gdyby nigdy nic przechadzają się niemieccy żołnierze. No ręce opadają. Na szczęście potem odwiedzamy bazę francuskich kolabo…tfu, francuskiego resistance  w piwnicy zakładów mięsnych, więc robi się nieco realniej.

Znamy już motywy naszego protagonisty, przejdźmy zatem to czekających na niego zadań. Jak to w sandboxie mamy główną linię fabularną jak i zadania poboczne. Od biedy możemy się też pobawić w rozwalanie niemieckich instalacji, pamiętając aby nie oglądać wybuchów jeśli już coś wysadzamy: są one wykonane wyjątkowo paskudnie! Misje mamy typu jedź, wysadź, zastrzel, uwolnij. Ponieważ Devlin jest kierowcą wyścigowym czasem trzeba się też pościgać. Zresztą na ogól wszędzie przemieszczamy się samochodem (wyposażonym w GPS, jak wszystkie auta z lat 40-tych), dlatego też wspomnieć jeszcze szybko muszę o modelu jazdy. Jest on całkiem znośny, nie frustruje i nie wymaga wielkich umiejętności. Ba! Nie wymaga żadnych umiejętności, z reguły nie wymaga nawet hamowania. Wracając do samych misji można starać się je wykonać na dwa sposoby: standardowo – rozpierdalając wszystko i wszystkich, bądź po cichu, przebierając się w żołnierski mundur zdjęty z jeszcze ciepłego choć już zimnego szwaba. Tutaj fajnym pomysłem jest fakt, że aby wykorzystać mundur musimy danego fryca zabić po ciuchu, aby nie zaplamić krwią jego fatałaszków.

Właśnie zadania są największą zaletą The Saboteur. Strzelanie do hitlerowców nigdy się nie nudzi. Także otwartość świata daje dużo radości. Już na samym początku możemy udać się wszędzie gdzie chcemy, żadna część miasta nie odblokowuje się wraz z postępem gry, jak często ma to miejsce w innych piaskownicach (GTA, inFamous). Całkiem przyjemnie się także strzela. Niestety w potyczkach przeszkadza trochę system automatycznego korzystania z osłon, który nie działa  idealnie. Zdarza się, że nasz Irlandczyk nie przykleja się do ściany, lub robi to gdy wcale nie mamy na to ochoty. No i mamy jeszcze SI przeciwników. Nie wiem jak na innych poziomach trudności, ale na normalu nie można powiedzieć, żeby naziści zachowywali się… hmm… normalnie. Nie szukają za bardzo osłon, a raczej prują do nas metodą na terminatora – stojąc w miejscu. Przyjemności nie sprawia też wspinaczka, która jest chyba najgorzej wykonaną jaką kiedykolwiek widziałem. W ogóle animacje głównego bohatera przypominają zmagania paraolimpijczyków (bez urazy dla paraolimpijczyków). O ile pokraczny sposób w jaki Sean chodzi i biega można przeboleć, o tyle oglądanie go jak się wspina jest prawdziwie traumatycznym przeżyciem. Zero naturalności, wdzięk małpy w czerwonym i nadludzkie wręcz zdolności… cóż, może Irlandczycy tak potrafią, jeśli tak: zwracam Pandemic honor.

Przechodząc do wspomnianych wyżej kolorów, twórcy zastosowali ciekawy motyw, polegający na tym, że okupowany Paryż jest z znacznej części czarno-biały (jedynymi kolorami są czerwień krwi i nazistowskich flag oraz żółte światła w oknach domów), a naszym celem jest dosłownie przywrócić miastu kolor, a co za tym idzie obudzić u żabojadów rewolucyjnego ducha. Robimy to wykonując oczywiście wspomniane już misje. Pomysł to bardzo fajny, problem jest jednak taki, że o ile czarno-biały Paryż wygląda intrygująco, to już ten kolorowy tylko irytująco…


Jak zatem podsumować The Saboteur? Mam z tym problem, gra ma sporo wad i przypomina nieoszlifowaną cyrkonię (chyba nikt nie myślał, że napiszę diament). Jako małe rozgrzeszenie można potraktować fakt, że Pandemic zostało zamknięte w trakcie prac nad grą, co może nie zaszkodziło, ale z pewnością też nie pomogło końcowej jakości. Gra jest brzydka i jakby niewykończona, a jednak… daje sporo przyjemności, ma fajnego bohatera i niezły klimat. I mimo wad jest bardzo wciągająca. Dlatego też bez bólu wystawiam jej 4 i polecam do zakupu… gdy stanieje :)

PS. Miało być cztery z minusem, ale krowy uratowały ocenę (patrz video niżej).



Co tracimy, czyli Video Store na PSN
Grudzień 18, 2009, 11:53 pm
Filed under: Newsy, PSN | Tagi: ,

Przez większość zagranicznych firm ciągle jesteśmy traktowani niczym upośledzony kuzyn, a nie brat którego należy traktować na poważnie. Robią tak też Microsoft (który zlewa nas totalnie ze swoim Live), a także Sony, choć już w mniejszym stopniu. To właśnie Sony 19 listopada w czterech europejskich krajach (sporo wcześniej w USA) uruchomiło Video Store, czyli sklepożyczalnię filmów dostępną z poziomu PS Store. Wybrane narody to Anglicy, Niemcy, Hiszpanie i Francuzi, a po nowym roku oferta ma zostać rozszerzona na inne kraje, jednak o Polsce ani widu ani słychu.

Na dzień dzisiejszy w sklepie dostępnych jest całkiem sporo bo około 1400 filmów, w tym 170 w jakości HD. Ale tutaj ciekawostka: filmy HD możemy tylko wypożyczać bez możliwości zakupu, (ten sam tytuł może kupić ale tylko w jakości SD). Do wypożyczenia mamy około 580 tytułów. Brzmi super i wygląda na to, że mamy czego żałować.  Jednak jak to wszystko sprawdza się w praniu no i przede wszystkim jakie są ceny? Odpowiedź niżej na przykładzie sklepu brytyjskiego.

Zakup filmu odbywa się w ten sam sposób, jak zakup każdej innej zawartość PS Store. Wkładamy tytuł do wirtualnego koszyka, płacimy i zasysamy na dysk naszej czarnuli. Trzeba pamiętać, że płacimy tylko i wyłącznie za prawo do wielokrotnego oglądania filmu, ponieważ nie istnieje tutaj nośnik, czy opakowanie. Wszystko odbywa się przez sieć, odpadają więc także koszty dystrybucji. W związku z tym mogło by się wydawać, że tak zakupiony film będzie tańszy niż jego namacalna wersja i oczywiście… nie jest :) Nowość to wydatek około 12 funtów (pamiętajmy, że jest to jakość zwykłego DVD). W tej cenie dostajemy film uwięziony na naszym dysku, póki co bez jakichkolwiek napisów, a często także z dźwiękiem stereo, zamiast 5.1. Zapomnieć możemy też o wszelakich dodatkach typu „making of”, jakie zawsze znajdujemy na fizycznych nośnikach. Cena wydaje się zatem grubo przesadzona. Koszt starszych produkcji waha się od 6 do 9 funtów za zakup, więc też nie jest to okazja miesiąca.

Może sytuacja wygląda lepiej z wypożyczeniem? Film w jakości HD to wydatek od 3,5 do 5 funtów, SD to około 2,5 do 3,5. Na obejrzenie tak wypożyczonego filmu mamy 14 dni. Jest jednak małe „ale”. Po pierwszym obejrzeniu, kiedykolwiek ono nastąpi, nawet jeśli w minutę po zakończeniu ściągania, mamy już tylko 48 godzin na ponowne zobaczenie tego tytułu. Po tym czasie pozostaje nam już tylko usunąć go z dysku, bo do oglądania się nie nadaje.

Jak widać coś nie do końca tu gra, a polityka cenowa Sony jak zwykle woła o pomstę do świadków jehowy (patrz ceny gier na PSP GO). Pomysł świetny, bogata i regularnie powiększana o nowości biblioteka, i… wszystko skopane cenami.
Mimo to uważam jednak, że trochę tracimy nie mając możliwości wypożyczania za pośrednictwem PS3 filmów w Rzeczpospolitej, choćby ze względów prestiżowych. Poza tym zawsze lepiej mieć nawet ciulaty wybór, niż żaden.



PSEUDEMO GRAN TURISMO 5 – moje wrażenia
Grudzień 18, 2009, 10:39 pm
Filed under: Gry, Newsy | Tagi: , ,

Niby demo GT5 pojawiło się w czwartek do ściągnięcia z PSN i od razu wywołało burzę komentarzy i dywagacji na temat nadchodzącej (chyba już nawet bóg nie wie dokładnie kiedy) pełnej wersji. Spędziłem kilkadziesiąt minut za kierownicą Nissana 370Z (jedyne dostępne auto, za to w dwóch wersjach) i postanowiłem podzielić się moimi spostrzeżeniami z wszystkimi trzema czytelnikami tego bloga (i tutaj pozdrowienia dla mojej żony hehe).

Najpierw co mi się podoba...

Model jazdy jest naprawdę świetny. Co prawda nigdy nie jeździłem Nissanem 370Z po zamkniętym torze (i raczej nie będę), ale muszę przyznać, że samochód zachowuje się tak, jak auto z mocnym silnikiem i tylnym napędem zachowywać się powinno. Jeśli chcesz wykręcić naprawdę niezły czas musisz szanować pedał gazu (pedał, nie przycisk – granie w symulatory samochodowe na padzie, to jak granie w football piłką lekarską). Za dużo gazu w zakręcie? Kręcimy efektownego bączka i kilka sekund. Tutaj nie ma przebacz, za to jest mnóstwo frajdy. Czuć sporą poprawę od czasu GT5 Prologue i to jest właśnie główny powód dla którego czekam na GT5 z jeszcze większą niecierpliwością. To plus szansa przynajmniej wirtualnej przejażdżki Bugatti Veyron. I jeszcze jedna mała rzecz, ale o tym na samym końcu…

…a co nie podoba

Dźwięki są słabe. Silnik nie brzmi rasowo, a piski opon potrafią załamać. No i przede wszystkim to o czym wszyscy huczą – strona wizualna. Co tu dużo pisać, wystarczy zajrzeć na bloga konsolowiec.pl, gdzie Shenmue wszystko ładnie opisał i opatrzył zdjęciami. Tor jest pusty niczym rynek w Czeladzi ,asfalt wydaje zbyt idealny, trawa zbyt płaska, no i do tego te nieszczęsne drzewa. Auta śliczne, ale jakieś takie resorówkowate (dobra, tu już się czepiam na siłę), a cienie we wnętrzu tragicznie poszarpane.

Czyli…

Moim zdaniem nie ma jednak co wpadać w panikę, ponieważ po pierwsze: „demo” jest mocno okrojone (z nieznanych mi powodów), co widać po wielkości pliku. Nie mamy tutaj dymu spod kół, śladów opon i przede wszystkim zniszczeń. To zmieni się na pewno. Po drugie wierzę (może naiwnie), że jest to tylko i wyłącznie prezentacja silnika fizycznego, na starym silniku graficznym  (jak podają niektóre strony). Jeśli tak nie jest, w dniu premiery Yamauchi zostanie okrzyknięty największym idiotą w branży, przebijając twórców Duke Nukem Forever. No chyba, że wcześniej wystraszy się komentarzy i przesunie premierę na czas nieokreślony.

Jednak moja optymistyczna wersja jest taka, że Gran Turismo 5 zdobędzie przychylność graczy nie tylko świetnym modelem jazdy (co oczywiste), ale także grafiką. No i jeśli dodatkowo potwierdzi się plotka, że pojawi się tam także test track z Top Gear, to ja już teraz jestem gotowy złożyć pre order’a i spokojnie odebrać grę… gdzieś tak w okolicach 70-tych urodzin :)




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.